W nowy rok wchodzę bez postanowień, ale za to z jednym życzeniem – zadbajmy o siebie, Dziewczyny. Myślmy o sobie. Ciepło i czule. Bez wyrzutów sumienia. „Bo to przecież takie egoistyczne…”

A żeby było Wam łatwiej zacząć myśleć o sobie dobrze, z troską, mam dla Was pierwszą część rozmowy z inspirującą Dziewczyną – Kamilą Raczyńską, w sieci kojarzoną z Dobrym Ciałem.

Mam nadzieję, że z tej rozmowy weźmiecie dla siebie choć ułamek tego, co Kamila przekazuje całą sobą – że każda z Was ma dobre ciało, które zasługuje na to, by o nie dbać. Że ciało samo intuicyjnie wie, co jest dla niego dobre. A jeśli czasem boli, to tylko po to, żeby dać znać, że domaga się uwagi i opieki.

Nie przedłużam. Zapraszam Was do czytania i czekam na Wasz odzew – w komentarzach, wiadomościach prywatnych. Wasze zdanie jest dla mnie naprawdę ważne!

Kamila, opowiedz trochę o sobie. Tak na rozgrzewkę. Kto stoi za Dobrym Ciałem? :) 

Zaczynając od wykształcenia – jestem po pedagogice specjalnej i po wychowaniu seksualnym na Uniwersytecie Warszawskim oraz po Szkole Treningu i Warsztatu Psychologicznego INTRA.

W zasadzie od 2004 roku, czyli prawie czternaście lat uczyłam edukacji seksualnej w szkołach gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych. Ale pracowałam też z kobietami, przede wszystkim w organizacjach pozarządowych. W większości to były tzw. trudne tematy. Sporo osób po doświadczeniu przemocy, jakiegoś nadużycia, również seksualnego (pracowałam też w telefonie zaufania). Szkoliłam różne grupy zawodowe z tzw. umiejętności miękkich.

W pewnym momencie moje szkolenia zaczęły bardziej dotykać tematów, takich jak wypalenie zawodowe, work-life balance. Pracowałam z trudną grupą zawodową, jaką są nauczyciele. To właśnie wtedy pojawiły się u mnie pierwsze myśli o psychosomatyce – o tym, że chyba chciałabym pójść w tym kierunku zawodowo. Zrozumiałam, że nauczyciele często w ogóle nie łączą swoich objawów somatycznych z wypaleniem, przepracowaniem, emocjami. Że ich ciała są zupełnie odcięte od emocji. Nie ukrywam, że w międzyczasie sama się trochę wypaliłam, bo jednak dziesięć lat pod tablicą w państwowych szkołach w Polsce, jeszcze ucząc takiego mało chcianego, mało popularnego przedmiotu, wypala. A ponieważ zawsze lubiłam pracę z ciałem, sport, to uznałam, że może pójdę w tym kierunku i że uda mi się połączyć to zainteresowanie kobiecością, psychosomatyką ze sportem. Bo też nigdy mi nie było specjalnie blisko do prowadzenia skakanego fitnessu przy łupanej muzyce :)

Na przecięciu tej miłości do sportu z zainteresowaniem psychosomatyką i pracą  z kobietami naturalnie pojawiła się miednica właśnie i zaczęłam się kształcić bardziej w tym kierunku. Okazało się, że moje wcześniej zdobyte kompetencje, związane z pracą w obszarze seksualności, świetnie się sprawdzają. Wiesz, ciężko mówić o mięśniach dna miednicy bez mówienia o seksie, fizjologii oraz ciąży i porodzie, bo to wszystko odbywa się w miednicy i angażuje krocze.

No tak, ciężko się od tego odciąć.

Szczerze, to bałam się na początku, że nikt nie będzie tym tematem zainteresowany, albo że będzie to tak szalenie niszowe, że nie uda mi się zebrać nawet jednej grupy warsztatowej. Albo że nie ma takiej potrzeby, bo przecież jest pilates, zdrowy kręgosłup, rehabilitanci, fizjoterapeuci… A okazało się, że jest bardzo duże zainteresowanie i faktycznie od dwóch lat ta kula śnieżna się toczy i jest coraz więcej i więcej pracy.

Mówisz, że zapotrzebowanie jest – co bardzo cieszy! A gdybyś miała wskazać, wśród jakiej grupy kobiet widzisz największe zapotrzebowanie? Czy to jest bardzo mocno zróżnicowane, czy jest raczej jakiś konkretny przedział wiekowy, konkretna kategoria?

Zróżnicowanie grup jest dość duże, dlatego że tak, jak sama powiedziałaś na początku,  w zasadzie temat dotyczy kobiet w każdym wieku. Mam na przykład sporo młodych dziewczyn, które przyszły z ciekawości i zostały. Mówię młodych – dwadzieścia parę lat, przy czym najmłodsza dziewczyna, z którą pracuję, ma dziewiętnaście.

Mam sporo kobiet około trzydziestki, które są już w ciąży albo są tuż po porodzie. No i potem faktycznie jest kilkuletnia luka. Kobiety wychowują dzieci i nie mają niestety czasu dla siebie. Zwykle wracają około czterdziestki, kiedy dzieci już idą np. do szkoły.

Wtedy w końcu zaczynają znowu stawiać na siebie, dbać o siebie?

Dokładnie. To są mamy takich dzieciaków siedem-dziesięć lat. A potem mamy grupę tzw. okołomenopauzalną, czyli pięćdziesiąt plus. Ale, dodam na marginesie, cudowną inicjatywę robi Urząd Dzielnicy Ursynów wraz z Fundacją Edukacji Społecznej. Sponsoruje zajęcia ze mną paniom 60 plus, a najstarsze klientki mają powyżej osiemdziesięciu lat!

Świetnie! To też forma aktywizacji seniorów, i to naprawdę seniorów :) Przecież osiemdziesiąt plus to już jest często taki wiek, że babcie zalegają przed telewizorem, więc…

Więc one są totalnie zaniedbane. Dla nich w ogóle nie ma oferty. Inicjatywa jest niesamowita – panie nic nie płacą za te spotkania. Mają ze mną wykład o mięśniach dna miednicy, a potem siedem treningów, jeden na tydzień. Oczywiście fajnie by było, gdyby to trwało dłużej itd., ale dobrze, że jest przynajmniej tyle. Ja je próbuję nauczyć tego, jak dbać o mięśnie dna miednicy. One już w większości mają zdiagnozowane nietrzymanie moczu i obniżenie narządów rodnych. Lekarze to lekceważą i z reguły powtarzają „no i co się pani dziwi w tym wieku?”.

I pewnie, że nie ma sensu dbać w tym wieku…

Tak. Dodatkowo dostają taki komunikat, że dbanie o siebie w tym obszarze już nie ma sensu, bo przecież wszyscy zakładają, że kobiety po menopauzie są nieaktywne seksualnie, Okropne założenie. Czyli tak w zasadzie mogę powiedzieć, że mam klientki w przedziale wiekowym 19 – 80+.

Czyli mamy tu niezłą grupę kobiet. Jakie korzyści mogą mieć kobiety z treningu mięśni dna miednicy? Każda grupa przychodzi pewnie z czymś innym do Ciebie. Niektórymi kieruje zwyczajna ciekawość. Inne mają zapewne jakąś konkretną potrzebę. Jak to wygląda?

Mam przede wszystkim trzy grupy. Pierwsza to profilaktyka. Dalej jest druga grupa kobiet – gdy zaczęło się już dziać coś niepokojącego, np. nietrzymanie moczu, obniżenie narządów i rehabilitacja po operacjach. Trzecia to kobiety w ciąży, które chcą się świadomie przygotować do porodu. Najczęściej dziewczyny lądują na profilaktyce. Niektóre z nich mówią: „mi jeszcze nic nie jest, ale wiem, że moja mama, babcia, ciocia, wszystkie miały obniżenie narządów”. Albo: „już zdarzyło mi się kilka razy, że zaśmiałam się czy kichnęłam i się posikałam. Nie dzieje się to codziennie, ale się martwię”. Więc to są najczęściej takie historie. Na szczęście też coraz więcej kobiet ma świadomość, że trening dna miednicy może pomóc im podczas porodu i wbrew pozorom wcale nie chodzi mi o nadmierne wzmacnianie. Bo wszystkim się wydaje, że jak będą się non-stop wzmacniać, to poród pójdzie jak z płatka, a jest zgoła odwrotnie. Kobiety mogą się przećwiczyć. W pewnym momencie szalenie ważne jest rozluźnianie.

My chyba w ogóle mamy większy problem z rozluźnianiem się, niż z napinaniem…

Tak! Naprawdę powtarzam, że to jest wręcz choroba cywilizacyjna kobiet. Ja w ogóle całą sobą i moim fanpagem staję w kontrze wobec tego kultu ciągłego napinania i wzmacniania, bo widzę, jak to się później kończy. Dlatego bardzo dużo mówię o rozluźnianiu, o oddechu. Kładę na to naprawdę mocny nacisk i wiem, że to działa. Przychodzą do mnie często dziewczyny w ciąży zmotywowane do tego, żeby właśnie ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, tylko „zaciskać”. I jest taki moment kryzysowy, kiedy im mówię, że „no, kochana, dla ciebie ćwiczyć to znaczy leżeć na macie i oddychać”, a one by chciały podejść do sprawy zadaniowo. Ale najwyraźniej wzbudzam zaufanie, bo się godzą na to i potem dostaję bardzo fajne informacje zwrotne od nich, że naprawdę zwiększył się u nich świadomość ciała. I to jest też odpowiedź na twoje pytanie, jaka jest wymierna korzyść – naprawdę bardzo duży wzrost świadomości ciała. Czasem też na poziomie wręcz podstawowym pt. „gdzie, co mam”, bo nie każda z nas wie, jak jest zbudowana, tak dokładnie…

Ale też tego, co się dzieje z moim ciałem, tak?

Tak. I w ogóle czucia obszaru mięśni krocza, których kobiety często nie są świadome.

Nie umieją odpowiedzieć sobie na pytania: czy jestem „tam” spięta, czy rozluźniona? Jak moje ciało reaguje na pieszczoty, na seks, na miesiączkę, na owulację…? Wiesz, kobiety naprawdę często nie wiedzą tego wszystkiego. Albo nie zauważają różnych sygnałów płynących z ciała, a ból zagłuszają lekami.

To prawda.

Docierają też do mnie takie informacje od fizjoterapeutek ginekologicznych ze szpitala na Żelaznej, że kobiety, które są po ćwiczeniach ze mną, bardzo dobrze sobie radzą w trakcie porodu i po nim. Szybciej dochodzą do siebie, do pełni zdrowia i formy, podczas badań po porodzie umieją zarówno się napiąć prawidłowo, ale też rozluźnić. Umieją oddychać! To chyba cieszy mnie najbardziej.

Ciąg dalszy nastąpi! 

[Głosów:0    Średnia:0/5]

Zostaw komentarz

Dodaj swój komentarz
Podaj swoje imię