Prawda jest taka, że odkąd zostałam mamą, nie maluję się zbyt często. Wcale nie dlatego, że moja twarz jest gładka jak u mojego Synka. Ciąża i karmienie piersią robią niezłe zamieszanie w hormonach. W moim przypadku przyczyniło się to do okresowych problemów z cerą. O tym, jak sobie z tym radzę, przeczytacie niebawem.

Wychodzę z założenia, że usilne maskowanie niedoskonałości nie jest najlepszym pomysłem. Ba, nawet może pogłębić problem. Właśnie dlatego aktualnie staram się ograniczyć ilość kosmetyków kolorowych nakładanych na twarz. Wolę poświęcić czas i pieniądze na pielęgnację skóry. Wierzę, że zadbanej cerze naprawdę wystarczy makijaż typu no make-up, a nie mocny kamuflaż.

Dziś przygotowałam dla Was listę kilku kosmetyków kolorowych, które mogę zaliczyć do moich aktualnych ulubieńców. Spełniają niemalże wszystkie moje wymagania. Są wielofunkcyjne, ich nakładanie jest bajecznie proste, trwałość przyzwoita. No i najważniejsze dla świeżo upieczonych mam – sprawiają, że deficyty snu nie są aż tak bardzo widoczne.

Matujący krem SPF 50 CLOCHEE

Mam bardzo jasną karnację i dość wrażliwą skórę, która reaguje na zmiany pogody. Latem przybywa mi piegów w tempie ekspresowym.

Długo szukałam odpowiedniego kremu do twarzy z wysokim faktorem. Zależało mi na tym, aby nie był zbyt ciężki, tłusty, nie bielił i nie zatykał porów. Bardzo nie lubię uczucia ciężkości, które zwykle pojawia się, gdy używam zbyt wielu kosmetyków kolorowych. A wiedziałam, że czasami na filtr będę nakładała jeszcze podkład lub krem tonujący.

Przy okazji wizyty w Douglasie, trafiłam na matujący krem SPF 50 polskiej marki CLOCHEE. To kosmetyk wielofunkcyjny. Spełnia moje najważniejsze wymaganie – chroni naprawdę dobrze przed promieniowaniem słonecznym. Nie bez znaczenia jest też to, że zawiera naturalny mineralny filtr, ma działanie matujące i wyrównuje koloryt skóry (odcień idealny dla bladolicych). Czego chcieć więcej?

Jestem zadowolona z tego kosmetyku i póki co nie szukam dalej. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to matujące działanie. Teoretycznie powinien zapewniać efekt matu, dzięki zawartości tlenku cynku. Obawiam się jednak, że, biorąc pod uwagę pozostałe składniki – oleje (jojoba i kokosowy) oraz masło shea, trudno spodziewać się matowienia. Na szczęście już wyrosłam z mojego zamiłowania do płaskiego matu :) Zdecydowanie bardziej podoba mi się zdrowo wyglądająca, naturalnie rozświetlona skóra. W osiągnięciu tego efektu pomaga mi mój kolejny ulubieniec…

Diamond Illuminator WIBO

Tak, tak, WIBO. Sama nie sięgnęłabym po kosmetyk tej Rossmannowej marki. Ale co i rusz trafiałam na świetne recenzje tego rozświetlacza, dlatego w końcu wylądowałam w moim koszyku, a później w kosmetyczce. I od razu stał się jednym z moich ulubionych kosmetyków kolorowych.

Diamond Illuminator od WIBO to mój pierwszy rozświetlacz, dlatego nie chciałam wydać na niego zbyt dużej sumy. Długo myślałam nad zamówieniem popularnego wśród blogerek urodowych RMS Beauty Living Luminizer, ale, co tu dużo mówić, jego cena wielokrotnie przewyższa cenę rozświetlacza WIBO.

Produkt zawiera witaminę E, proteiny jedwabiu i olej jojoba. Producent zapewnia, że nadaje skórze miękkość, gładkość i jedwabistość. Mogę się podpisać pod tymi obietnicami. To naprawdę ciekawy produkt za niewielkie pieniądze. Jeśli tak, jak ja, zastanawiacie się, czy potrzebny Wam taki kosmetyk, przetestujcie go. Nałożony tuż nad kościami policzkowymi i na brodę, zapewnia przyjemne dla oka, zdrowe rozświetlenie. Skóra wygląda na wypoczętą, a Wy nie wyglądacie jak matki-zombie, trzymające się na nogach tylko dzięki trzeciej kawie :) Same zobaczcie, jak wygląda skóra delikatnie muśnięta tym rozświetlaczem.

Kremowy korektor pod oczy Instant Concealer Clarins

Jeszcze będąc w ciąży, przeczytałam gdzieś, że korektor pod oczy to najlepszy przyjaciel matki. Teraz, kiedy sama jestem już mamą, trudno mi się nie zgodzić z tym stwierdzeniem :) Kolki, ząbkowanie, skoki rozwojowe – to wszystko nie sprzyja zdrowemu, 8-godzinnemu cyklu snu. W zasadzie przestałam już liczyć, ile godzin przesypiam ja i mój Syn. Ważne jest dla mnie to, żeby w ciągu dnia funkcjonować całkiem dobrze, mieć siłę na codzienną aktywność i nie wyglądać przy tym jak zombie.

Trochę pomaga mi w tym korektor pod oczy Clarins. Oczywiście nie poczuję się dzięki niemu, jakbym dostała gratis 2 godziny snu, ale moje samopoczucie jest zdecydowanie lepsze, kiedy patrzę w lustro i nie widzę cieni pod oczami :)

Naprawdę niezły produkt – wydajny, delikatnie rozjaśniający i łatwy w nakładaniu. Kiedy bardzo się spieszę, nakładam go palcami. Jeśli mam nieco więcej czasu, używam gąbeczki beauty blender (mój kolejny hit!). Co ważne, ten korektor nie zbiera się w załamaniach.

Mam odcień numer 01.

Róż Bobbi Brown

Długo nie byłam przekonana do używania różu. Nie potrafiłam też dobrać odpowiedniego odcienia. A to dlatego, że mam tendencję do naturalnego różowienia policzków. Podobnie jak z piegami, i z  rumieńcami w końcu się polubiliśmy :)

Róż Bobbi Brown, którego używam już od przeszło roku, jest moim ulubionym. Mój odcień to 11 (Nectar). Jest stosunkowo chłodny, naturalny, ale jednak widoczny. Skóra wygląda zdrowo. A efekt, jaki uzyskuję dzięki temu kosmetykowi, jest naprawdę trwały. Polecam! Wybór odcieni jest duży, dlatego gwarantuję, że znajdziecie odpowiedni dla siebie. Polecam wizytę w salonie Bobbi Brown lub w Douglasie. Obsługa w obu miejscach jest przesympatyczna i fachowo. Na pewno doradzi Wam w wyborze.

Błyszczyk Instant Light Natural Lip Perfector Clarins

Nigdy nie byłam fanką błyszczyków, dopóki nie sięgnęłam po ten produkt. Polecała go Marlena z mojego ulubionego urodowego bloga Black Raspberry. Kolejny raz nie zawiodłam się na jej rekomendacji.

Wybrałam odcień 05 Candy Shimmer. Jest bardzo naturalny, dziewczęcy. Nie ma nic wspólnego z cukierkowym, słodkim różem, więc nie sugerujcie się nazwą. Konsystencja też jest przyjemna. Błyszczyk nie jest lepiący, jak większość tych, z którymi miałam styczność. Polecam bardzo, jeśli zależy Wam na delikatnym rozświetleniu ust, bez drobinek oczywiście :)

Tusz do rzęs Volume Million Lashes so Couture L’Oreal

I na koniec – tusz. Bez tuszu ani rusz? Natura nie obdarzyła Was pięknymi, długimi i ciemnymi rzęsami? Witam w klubie :) To już kolejne moje opakowanie tuszu Volume Million Lashes so Couture. Robi to, co ma robić, bez sklejania rzęs. A przy okazji całkiem ładnie pachnie. No i cena – bardzo znośna. Polecam!

A jakie są Wasze ulubione kosmetyki kolorowe? Jestem ciekawa, czy przetestujecie coś z mojej listy. Dajcie znać!

 

 

 

[Głosów:0    Średnia:0/5]

Zostaw komentarz

Dodaj swój komentarz
Podaj swoje imię