Kto zna osobiście mojego Syna, wie, że to typ chodzący swoimi ścieżkami. Cieszy mnie jego ciekawość świata, nieskrywana radość z nabywania nowych umiejętności, obcowania z innymi ludźmi. Cieszy mnie pęd ku temu, co nowe, bez oglądania się na siebie. Przecież wiadomo, że mama i tata są gdzieś z tyłu! Cieszą mnie upadki, po których wstaje, otrzepuje ręce i idzie, przepraszam, biegnie, dalej.
Znam już trochę Ignacego i czuję, że podpisałby się pod zdaniem, które przyświeca pedagogice Montessori: pomóż mi zrobić to samemu. Cóż więc mogę zrobić? Pomagam! Staram się dawać przestrzeń, swobodę i wolność. Wierzę, że to ma sens, choć czasem kosztuje mnie sporo pracy nad sobą. Wychodzę jednak z mojej strefy komfortu, bo widzę, jak wiele korzyści przynosi to nie tylko nam obojgu, ale też całej naszej rodzinie.
Jeśli zastanawiacie się, jak wcielić w życie tę zasadę w Waszych domach, czytajcie dalej. Zadałam kilka pytań Dominice Naborowskiej, Baby Space Coach.

Rozmowa z Dominiką Naborowską + Baby Space Coach +

Pedagogice Montessori przyświeca zasada: pomóż mi to zrobić samemu. Rodziców często jednak ciągnie do wyręczania dzieci w wielu czynnościach. Dlaczego warto dać dziecku przestrzeń i swobodę?

Z kilku powodów.
Po pierwsze, to naturalna droga rozwoju dziecka, że dąży ono do samodzielności, chcąc o sobie decydować, podejmować rożnego rodzaju decyzje. Budując określoną przestrzeń wokół niego, która mu to umożliwi, stwarzamy dziecku okoliczności sprzyjające wspieraniu jego poczucia własnej wartości, wiary w swoje możliwości, ale także kreatywności czy ciekawości świata. Umożliwiamy mu zadawanie pytań i poszukiwanie odpowiedzi.
Po drugie, budujemy dom pełen szacunku wobec swoich potrzeb i możliwości, wobec każdego z domowników. Dziecko nie rozwija się tak, jak mu nakażemy, tylko tak, jak samo będzie mogło, a tylko stwarzając mu okoliczności sprzyjające, czyli właśnie m.in. odpowiednią przestrzeń, w której ma swobodę (np. podejmowania decyzji, swobodnej zabawy, dobrego odpoczynku) pozwolimy mu na rozwój w jego własnym tempie.
Rodziców ciągnie do wyręczania dzieci, ponieważ tak jest „szybciej”, „łatwiej”, „ciszej” i „czyściej”. Rodzice często sobie nie zdają sprawy, że zakłócają w ten sposób naturalną chęć dziecka do nauki. Musimy jednak zrozumieć, że zdobywanie nowych umiejętności, jak np. wiązanie buta czy jedzenie łyżką, to procesy, które wymagają nie tylko czasu, ale i cierpliwości z naszej strony. Oznaczają one bowiem, że gdzieś się spóźnimy, wokół stołu będzie brudno, dziecko całe do umycia, a z jedzenia i tak nici. Tylko, że tu nie efekt się liczy, a droga do niego jest ważna!
Jeśli jesteśmy umówieni, zacznijmy szykować się do wyjścia na tyle wcześnie, by dziecko miało okazję spróbować ubrać się samodzielnie. Jeśli jemy wspólny posiłek, to… kupmy sobie psa! ;) On wszystko z podłogi po dziecku zje. A na poważnie – traktujmy posiłek jako coś przyjemnego, bez sytuacji pełnych napięcia czy presji czasu i szykujmy się, że przez co najmniej kilka miesięcy jak nie rok i dłużej, będziemy sprzątać pod stołem po jedzeniu dziecka, a jego samego kąpać. To na początku wydawać się może trudne i pracochłonne, co przy wszystkich obowiązkach jest czasem męczące. Ale w dłuższej perspektywie zaowocuje bardziej samodzielnym dzieckiem.

A jeśli o samodzielności mowa, to jak to jest z obowiązkami domowymi? W co możemy i w co warto angażować dzieci? Kiedy warto zacząć to zrobić? I przede wszystkim – dlaczego?

Tutaj dużo zależy od dziecka. Jeśli zakładamy, że rodzice są chętni do dzielenia się obowiązkami, to już podjęcie decyzji o tym, kiedy coś można dziecku powierzyć, zależy od ich znajomości dziecka. Każde dziecko jest inne i w innym tempie może posiąść różne umiejętności. Niektóre dzieci są ostrożniejsze, inne bardziej ciekawskie, a co za tym idzie np. chętniej i bardziej niebezpiecznie bawią się z gniazdkami, jedzą kwiaty czy chętnie bawią się małymi przedmiotami. Ale są też dzieci, nazwijmy to „bezpieczniejsze”, które gniazdek zdają się nie widzieć, małych przedmiotów nie wsadzają notorycznie do buzi a kwiaty podziwiają. A na to składa się bardzo wiele czynników.
Jeśli mówimy o domu, w którym dziecko może zaobserwować różne aktywności z pola obowiązków domowych (zmywanie, pranie, prasowanie, sprzątanie, mycie podłogi, porządkowanie, układanie sztućców na stole czy gotowanie), to dziecko zdecydowanie chętniej będzie chciało się w nie zaangażować. Dlatego warto tworzyć życie domowe, a dziecku pozwolić w nim uczestniczyć. W odpowiednim dla siebie momencie, ono będzie chciało oddać się wybranym czynnościom razem z nami. Im wcześniej mu na to pozwolimy (oczywiście pod odpowiednią kontrolą i selekcją przekazywanych obowiązków), tym naturalniej, chętniej i swobodniej będzie ono do nich podchodziło. A często jest tak, że właśnie wyręczamy małe dzieci, a potem się dziwimy, że one nie chcą w domu nic robić.
Na swoich warsztatach i podczas konsultacji domowych powtarzam rodzicom, że takie podejście odwraca nakład pracy, jaki nam towarzyszy – na początku pozwalamy dziecku uczyć się np. samodzielnie zakładać ubranie na siebie (oraz je wybierać), by po kilku latach mieć do dziecka zaufanie w tej kwestii i swobodę, że spokojnie ono się samodzielnie ubierze i wybierze ubranie odpowiednie do pogody. Jeśli natomiast wybieramy opcję odwrotną, tzn. na początku wyręczamy dziecko i pozornie jest nam łatwo, szybko i wygodnie, to nakład pracy z czasem wzrasta – bo kiedy dziecko mogłoby się już samo ubierać, ono tego nie zostało nauczone, i odwracanie sytuacji, która miała miejsce do tej pory, bywa znacznie bardziej pracochłonne.
Dotyczy to m.in. też tzw. otwartej szafy na ubrania, do której posiadania w pokoju dziecięcym zachęcam rodziców. Ona nie ma drzwiczek – dziecko wszystko widzi na pierwszy rzut oka. Jest dopasowana do wzrostu dziecka tak, że z ostatniej półki swobodnie samo może korzystać, a brak zbyt ciężkich szuflad czy drzwiczek pozwala na pełne z niej korzystanie. Początkowo taka szafa oznacza wieczne wyrzucanie przez małe dzieci ubrań na podłogę i kolejny raz składanie ich przez nas na półkę. Ale to po pierwsze zachęca do stosowania zasad minimalizmu (przy dzieciach też się da!) jak i pozwala dziecku podglądać, co robi się z ubraniami, na jakie miejsce wracają, gdzie znajdują się konkretne rodzaje ubrań (czyli gdzie ich szukać i gdzie odkładać). Za jakiś czas dziecko przestanie te ubrania wyrzucać, a zacznie z szafy korzystać samodzielnie. I czy nie warto przez początkowy czas przyjąć na siebie tej roli nauczyciela życia domowego?

Mój Syn ma 16 miesięcy. Ostatnio zaczął samodzielnie wybierać skarpetki, chyba właśnie dzięki temu, że ma do nich swobodny dostęp. Potwierdzam więc, że to działa! A jeśli chodzi o meble, akcesoria, czy są takie, w które warto zainwestować? U nas świetnie sprawdził się kitchen helper*. Jest w ciągłym użytku, odkąd pojawił się w naszym domu.

Wszystko zależy od naszych potrzeb i możliwości (w tym lokalowych). Nie będę polecała kitchen helpera rodzinie, która mało gotuje w domu, albo ma np. bardzo małą kuchnię (niektóre modele się składają, ale zazwyczaj są to meble zajmujące dużo miejsca).
Przy kupnie mebli dla dzieci warto przede wszystkim przyjąć zasadę: najpierw ma być funkcjonalne dla dziecka, a dopiero potem ładne. Dziecku na nic przydadzą się trendy meble w modnym szarym pokoju, kiedy nie może z nich swobodnie samo korzystać. Zdecydowanie chętniej będzie przebywało w pokoju, w którym meble są dopasowane np. do jego wzrostu.
Zachęcam do krytycznego spojrzenia na wszystko, co oferują nam sklepy, projektanci czy gazety omawiające najnowsze trendy. Te trendy i te meble często nie nadają się do użycia, nie są ani wygodne ani praktyczne. Nawet tak popularna Ikea ma wiele mebli dziecięcych, których rodzicom bym nie poleciła. A często rodzice kupują tam meble na ślepo, wierząc, że zostały zaprojektowane z uwzględnieniem możliwości motorycznych dzieci.
Minimum, które polecam rodzicom dzieci w wieku 0-6 l, to: materac (łóżeczko), biurko z krzesłem oraz regałem do samodzielnego wyboru materiałów plastycznych itp., regał na książki, do których dziecko samodzielnie dosięga, mały regał na zabawki (bez drzwiczek czy szuflad), w którym dziecko dosięga do najwyższej półki, niską szafę, z której dziecko może samodzielnie wybierać ubrania, dywan do zabawy na podłodze, lustro (tego nie przestanie potrzebować przez bardzo wiele lat). A do tego dużo kwiatów i dobre oświetlenie, kilka osobistych dekoracji, które nie będą seryjnymi i bezosobowymi drukami, a dekoracjami z historią i emocjami. I pokój będzie żył, będzie pomagał w utrzymaniu porządku, wspieraniu samodzielności i kreatywności!
A odradzam: zabudowy wnęk, wielkie kosze zbiorcze na zabawki, worki na klocki i zabawki, piankowe maty na podłogę (są sztuczne i do tego zbyt wzorzyste i kolorowe – rozpraszają i męczą podczas zabawy na nich zabawkami), łóżka chowane w szafach, otwierane biurka, biurka, które się rozsuwają, podnoszą czy mają wszelkiego rodzaju ranty, baseny z piłkami… Dużo tego jest.
Warto poszukać tzw. Ikea Hacks, by dowiedzieć się, jak kreatywnie przerobić meble z Ikea, by nadać im dodatkową funkcję, która akurat odpowiada naszym potrzebom. To ciekawe rozwiązanie, które pozwoli nam spersonalizować nasz dom. Prowadzę takie warsztaty w Warszawie i wciąż zaskakuje mnie ilość przeróbek z jednego mebla, na pomysł jakich ludzie wpadają!

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę, Dominiko! A Czytelników zapraszam na Twojego bloga i bardzo inspirujący profil na Instagramie.

Dominika Naborowska + Baby Space Coach + uczy rodziców, jak urządzać pokoje dziecięce, by wspierać rozwój ich dzieci. Pracuje w oparciu o zalecenia pedagogiki M. Montessori, minimalizmu, japońskiej sztuki porządkowania wg Marei Kondo oraz ergonomii mieszkania. Ukończyła warszawską Akademię Sztuk na wydziale Grafiki, studium pedagogiczne ASP w Warszawie oraz podyplomowe studia Design management w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego w Warszawie. Pracuje, odwiedzając rodziny w ich domach oraz organizując warsztaty grupowe.

*nasz kitchen helper to dzieło firmy Mebel-Mistrz.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

Zostaw komentarz

Dodaj swój komentarz
Podaj swoje imię