Dziś obiecana kontynuacja wpisu na temat mojej pielęgnacji twarzy. Jeśli nie widziałyście pierwszej części, zapraszam do nadrabiania zaległości. Zaczęłam od kosmetyków do codziennego stosowania. Teraz idę krok dalej! Do królestwa maseczek, glinek, peelingów. Słowem – domowego mini SPA. Co tu dużo mówić – przy małym dziecku wyjście do kosmetyczki na profesjonalne zabiegi nie zawsze jest możliwe. Choć ja staram się znaleźć czas i na to. A odkąd poznałam Natalię, ciągnie mnie do jej gabinetu jakaś bliżej nieopisana siła! :)

To właśnie Natalia pomogła mi dobrać właściwą, dopasowaną do potrzeb mojej skóry, pielęgnację. I przy okazji każdej wizyty utwierdza mnie w przekonaniu, że wizyta u kosmetologa to tylko pewne uzupełnienie codziennej troski o skórę. Tego się trzymam. To samo polecam i Wam, dlatego dziś moje kolejne pielęgnacyjne hity!

Peeling

Kiedyś wydawało mi się, że peeling koniecznie musi mieć drobinki, żeby w ogóle mógł zadziałać na skórę i zetrzeć (czy zedrzeć?) naskórek. Dziś wiem, że nie tędy droga, przynajmniej w przypadku mojej niezwykle delikatnej, skłonnej do podrażnień skóry. Za namową Natalii dałam jeszcze jedną szansę marce Sylveco, która jakoś do tej pory mnie do siebie nie przekonała.

Kupiłam peeling enzymatyczny i zapałałam do niego sporą sympatią. Zawiera silnie odżywcze i nawilżające oleje oraz masła, które pozwalają zachować 100% aktywność enzymów bromelainy i papainy. Działa! Mimo swojej niezwykłej delikatności. Pamiętajcie tylko, żeby peeling nakładać na wilgotną skórę i nie doprowadzać do zaschnięcia kosmetyku na skórze. Enzymy potrzebują wilgoci, żeby zadziałać tak, jak trzeba!

Królestwo glinek

Już dawno porzuciłam gotowe maseczki na rzecz stuprocentowych, czystych glinek. Zdecydowanie wolę przygotować maseczkę samodzielnie, w domowym zaciszu, dodając do niej to, czego aktualnie potrzebuje moja skóra. Mam też pewność, że nakładam na skórę czystą glinkę. Ze składami gotowych maseczek niestety bywa różnie.

Mam trzy ulubione glinki, które stosuję zwykle naprzemiennie. Zdarza mi się też mieszać je ze sobą.

Mój numer 1 – glinka do zadań specjalnych, to glinka Ghassoul. Sięgam po nią, kiedy moja cera zbyt szybko się przetłuszcza i sprawia wrażenie mocno zanieczyszczonej. Aktualnie używam tej firmy Nacomi (kosmetyki tej firmy są dostępne stacjonarnie na przykład w drogeriach Hebe). Ale w przypadku glinek nie przywiązuję zbyt dużej wagi do producenta.

Proszek mieszam zwykle z przegotowaną wodą (pamiętajcie, że do przygotowywania i nakładania glinkowych maseczek nie należy używać metalowych akcesoriów), nakładam na skórę twarzy oraz dekoltu i… pozwalam działać. Pilnuję tylko, żeby glinka nie zastygła, bo wtedy efekt wysuszenia murowany!

Warto mieć w zasięgu ręki zwykłą wodę lub wodę termalną, ewentualnie hydrolat, żeby co jakiś czas, kiedy czujecie, że glinka zaczyna zastygać, spryskać twarz. Jeśli dobrze tolerujecie olejki, to polecam też na etapie przyrządzania mikstury dodać dosłownie kropelkę, maksymalnie dwie, tego z pestek śliwki. Zapach marcepanu pozwoli Wam się poczuć jak w prawdziwym SPA, nawet jeśli za drzwiami toczy się proza życia :)

Kiedy moja skóra jest w dobrej kondycji, sięgam po białą lub różową glinkę. Mieszam je zwykle z wodą różaną, którą moja skłonna do zaczerwienień cera, bardzo lubi.

Obie glinki są bardzo łagodne i delikatne. Wrażliwe skóry powinny się z nimi dobrze dogadać. W tym przypadku też warto pamiętać o zwilżaniu twarzy. Zmywanie zaschniętej maseczki to nie lada wyzwanie. A przy okazji narażamy skórę na podrażnienia, a nie o to nam chyba chodzi.

Aktualnie używam różowej glinki z Ministerstwa Dobrego Mydła, a białej marki Bioline. Obie są naprawdę godne polecenia.

Czym nakładać glinkę?  

Na koniec – drobiazg, który bardzo pomógł mi zarówno w nakładaniu glinek, jak i utrzymywaniu wilgoci na skórze. Podpatrzyłam go oczywiście u wspomnianej już Natalii :) Mowa o całkiem niepozornym pędzelku, dzięki któremu przygotowanie glinkowej mikstury jest bajecznie proste. W gotowej maseczce nie ma żadnych grudek. A pędzelek dosłownie sunie po twarzy, ułatwiając sprawne i równomierne rozprowadzenie glinki. Później wystarczy tylko co kilka minut zanurzyć pędzelek w wodzie (albo w pozostałej w naczyniu maseczce) i wykonać kilka szybkich ruchów po skórze. Polecam! Mała rzecz, a sporo ułatwia.

Życzę Wam jak najwięcej okazji do urządzania sobie domowych wieczorów (lub poranków) SPA! Jeśli tylko lubicie tak spędzać wolny czas :)

 

[Głosów:1    Średnia:5/5]

2 KOMENTARZE

Zostaw komentarz

Dodaj swój komentarz
Podaj swoje imię