Nie zdążyliśmy w pełni nacieszyć się latem, a już powoli witamy jesień. Ciepło mi się robi na sercu na samą myśl, że jeszcze rok temu wyczekiwałam mojego jesiennego Synka. Miał urodzić się w październiku, ale wybrał oczekiwanie w komfortowych warunkach na listopadowe urodziny swojego taty.

Pamiętam, że wrzesień w ubiegłym roku był naprawdę ciepły i słoneczny. A jeśli nawet słońca było mniej, Ignacy dawał mocniej o sobie znać, sprawiając, że nie dawałam się jesiennej aurze.

Do końca ciąży byłam aktywna, ale pozwalałam sobie na słodkie lenistwo i drzemki, kiedy tylko miałam na to ochotę. Każdy w końcu powtarzał, żeby korzystać z tego czasu i wyspać się na zapas. Jakby było to możliwe… :)

Teraz, kiedy Ignacy jest już z nami, znajduję nowe sposoby na odczarowanie jesieni. Jesteście ciekawi, jakie? Czytajcie dalej.

Po pierwsze – kawa

Ja wiem, że to nic odkrywczego. Kawa – matczyny cudowny napój, eliksir, którego mocy nie pojmuje mój mąż, wolny od kofeinowego nałogu. Nic już na to nie poradzę, że o tej porze roku smakuje lepiej niż zwykle i rozjaśnia najciemniejsze poranki. A musicie wiedzieć, że nasz dzień zaczyna się bardzo wcześnie. Z chwilą wypicia pierwszego łyka kawy z pianką wyczarowaną z owsianego mleka Oatly (dziękuję Czytelnia!) czas się zatrzymuje, nawet jeśli dzieją się już największe poranne dramaty. To jest moja chwila. I koniec.

Po drugie – dobre śniadanie

Jesień i zima należą do dobrych, pożywnych śniadań, najlepiej na ciepło. Kiedy za oknem robi się chłodno i szaro, wraca mi ochota na owsiankę, jaglankę, placki i jajka pod każdą postacią.

Długo nie mogłam przekonać się do kaszy jaglanej. Za każdym razem, kiedy ją jadłam, wmawiałam sobie, że jest smaczna. W końcu znalazłam sposób na odczarowanie jaglanki. Pod koniec gotowania kaszy (kaszę gotuję na wodzie, po uprzednim uprażeniu jej na sucho i przelaniu wrzątkiem, aby pozbyć się goryczki) dodaję trochę mleczka kokosowego. Dzięki temu moja jaglanka jest aksamitna, kremowa i przyjemnie słodka. Czasami dorzucam też rozgniecionego banana. A na wierzch dodatki, na jakie mam ochotę – surowe kakao, chipsy kokosowe, owoce sezonowe albo mrożone, wcześniej podduszone. Takie śniadanie zwykle jemy z Ignacym na spółkę. Jak wiadomo, z miseczki mamy wszystko smakuje lepiej!

Po trzecie – sen

Nie jest chyba tajemnicą, że niemowlęta nie śpią kamiennym snem i nie przesypiają całych nocy, jakby niektórzy próbowali Wam wmówić. Chyba że macie naprawdę cudowny egzemplarz. Ja jakoś nie do końca wierzę tym opowieściom o niemowlakach przesypiających całe noce, bez przerw na karmienie. Swoją drogą, polecam Wam poczytać o śnie Maluchów, na blogu Wymagajace.

Tajemnicą nie jest też wpływ snu na nasze funkcjonowanie. Deficyty snu szybko odbijają się na organizmie. Metabolizm zwalnia, pogarsza się stan skóry, spada odporność i pogarsza się nastrój. Na to ostatnie lepiej dodatkowo nie narażać się, gdy za oknem ciemno, mokro i wietrznie.

Wracając do snu… Ja już dawno poszłam na łatwiznę i w nocy, kiedy Ignacy się budzi, zabieram go do naszego łóżka na karmienie i…spanie. Nie wiem, jak mogłam nie wpaść na ten pomysł w pierwszym miesiącu jego życia. Jeśli nie macie nic przeciwko spaniu z dzieckiem i znacie zasady bezpiecznego współspania (polecam poczytać tu), to naprawdę polecam. Zaoszczędzicie sobie koszmaru pt. ile razy budziło się Wasze dziecko w nocy. Ja, jeśli mam być szczera, tego nie wiem, bo karmię Ignacego na pełnym automacie :) Mam też wrażenie, że nasze cykle snu się synchronizują.

Po czwarte – małe przyjemności

Odkąd jestem mamą, doceniam każdą, najkrótszą nawet, chwilę dla siebie. Bez względu na to, co robię – czy piję kawę w samotności i ciszy, czytam rozdział książki, zapalam świeczkę, czy wychodzę na manicure – staram się cieszyć z tego maksymalnie.

Taki czas jest dla mnie niezbędny do sprawnego funkcjonowania. Paradoksalnie, im cięższy mam dzień, tym bardziej pilnuję tego, by wygospodarować chwilę wyłącznie dla siebie. Nie rozumiałam tego na początku mojej matczynej drogi. Teraz już widzę i wiem, że te czasem skradzione momenty pozwalają mi się szybko zregenerować i dać siłę na resztę dnia.

To Wy decydujecie o tym, co będzie Waszą małą przyjemnością, co pozwoli Wam naładować akumulatory. Warto to odkryć i czerpać pełnymi garściami.

Po piąte – łagodność

Są takie dni, kiedy wszystko jest na NIE. Skończy się kawa, wykipi mleko, dziecko ubrudzi się tak, że nie wiecie, czy nie warto byłoby go włożyć do wanny razem z krzesełkiem. Znacie to? Tak się zdarza nawet perfekcyjnym instamatkom.

Kiedy u nas zdarzy się taki dzień, a mam wrażenie, że jesienna aura wyjątkowo temu sprzyja, to staram się być wyjątkowo łagodna. Dla siebie. Dla otoczenia. Staram się odpuścić. Po prostu.

Bardzo dużo czasu i wysiłku musiałam poświęcić na naukę łagodności dla samej siebie. Jednak odkąd Ignacy jest na świecie, wiem, że po prostu nie da się inaczej. Albo – nie chcę inaczej. I jak już przychodzi taki dzień, kiedy wszystko wydaje się pozbawione sensu, kiedy widzę każdy paproch na podłodze, kładę się obok mojej Koali i patrzę. Z zachwytem. Łzą w oku. To jest Cud. Cud, który pozwala się zatrzymać i odpuścić.

A jak Wy dajecie sobie radę z jesienną aurą?

[Głosów:0    Średnia:0/5]

Zostaw komentarz

Dodaj swój komentarz
Podaj swoje imię